Filmy na wieczór – 10 lekkich propozycji

Filmowa śmietana

Mimo, że lubię oglądać kino niezależne, poruszające trudne wątki, to naprawdę równie często oglądam lekkie, ale niegłupie filmy na poprawę nastroju. Ponieważ wiem, że wiele osób poszukuje filmów na wieczór, które nie są ani thrillerami, ani Marvelem, a jednocześnie nie obciążają psychiki i nie powodują, że rujnuje nam się po nich nastrój, postanowiłam polecić 10 tytułów, które niedawno obejrzałam.

 

„Tamte dni, tamte noce” (2017)


Absolutnie numer 1 w tym roku. Zasługuje na kilka Oscarów (a otrzymał tylko za najlepszy scenariusz adaptowany i kilka nominacji), ponieważ jest pięknem samym w sobie. Opowiada o miłości. Nie wymaga analizowania, ani nie porusza bardzo trudnych wątków. Dla mnie jest jak obraz malowany olejami. To historia zbliżeń, prób, które podejmujemy w życiu, fascynacji.  Film jest opowiedziany w tak wysublimowany i urokliwy sposób, że po obejrzeniu go na laptopie, udałam się do kina, żeby zobaczyć go na wielkim ekranie. Świetna muzyka, doskonałe aktorstwo i romantyczność ujęta w pięknych scenach, które nie silą się na melodramat powodują, że „Tamte dni, tamte noce” to niezapomniana esencja doskonałego kina.

 

„Lady Bird” (2017)

Jeden z najnowszych filmów, który bardzo mnie ujął swoją lekkością. Opowiada historię młodej dziewczyny, która właśnie wchodzi w dorosłość z bagażem różnych doświadczeń i bliskiej, ale trudnej relacji ze swoją mamą. Mamy tu motyw pierwszego zakochania, pierwszych ważnych przyjaźni, decyzji o dalszych swoich losach, walki o swoje. A wszystko jakby otulone ciepłą, słoneczną barwą. Film o młodych, ale niekoniecznie tylko dla nich (zresztą jak sami wiecie z 28 faktów o mnie, bardzo lubię filmy o nastolatkach i młodych dorosłych, a sama już nastolatką nie jestem 😉).

 

„The Florida Project” (2017)

Na obrzeżach wspaniałego miejsca na ziemi czyli Disneylandu, znajduje się mała społeczność, która wyznacza swoje własne zasady dobrego życia. W obskurnym, tanim motelu poznajemy Halley, której choć daleko do wzoru idealnej matki, znajduje swój sposób na przetrwanie wraz z jej sześcioletnią córką Moonee. Choć jej działania mogą oburzać, film umyślnie przełamuje schematy i wybija nas z rytmu, powstrzymując przed wyciąganiem pochopnych wniosków. Mimo skrajnej biedy i zdrowemu rozsądkowi, spotykamy się tu z niezwykłą kreatywnością, dziecinną radością i poczuciem bliskości. Dużo śmiechu, beztroski, choć w obliczu trudnych i często niezrozumiałych dla widza wyborów.

 

„Atak paniki” (2017)

Gdy dostałam zaproszenie na premierę i zobaczyłam plakat filmu, pomyślałam, że właśnie czeka mnie durna, powtarzalna polska komedia, z oklepaną obsadą i kiepskim żartem. Byłam jednak bardzo zaskoczona oglądając go. „Atak paniki” zadziwia swoim humorem i dystansem. Mimo twarzy, które widziałam już setki razy, ich nowe kreacje i wcielenia były dużym odświeżeniem i zaskoczeniem. Bawiłam się naprawdę bardzo dobrze i nie przypominam sobie żadnej sceny, która okazałaby się dla mnie oklepana czy nużąca. Formą przypomina znane już „Dzikie historie”, ale mam poczucie, że bawi nawet bardziej, bo żart taki … nasz, polski.

 

„Dzikie łowy” (2016)

Absurdalny żart i absurdalna fabuła. Wystarczy spojrzeć na głównego bohatera, Ricky’ego ze śmiertelnie poważną miną, który przypomina Azjatę z nadwagą i wyobraźnia zaczyna działać. Historia opowiada o relacji chłopca z mężczyzną, którzy mimo różnic, postanawiają przeciwstawić się systemowi i ruszyć w podróż w poszukiwaniu swojej dzikiej tożsamości. To ponad półtorej godziny komedii, w której to aktorstwo i nieracjonalny żart są prawdziwym smakołykiem. Mniam!

 

„Człowiek – scyzoryk” (2016)

Wiedziałeś, że Harry Potter (Daniel Radcliffe), zagrał w filmie człowieka, który jest całkowicie sparaliżowany i jedyne co robi, to puszcza hardkorowe bąki i wodę z ust? Nie? To już wiesz! 😀 „Człowiek – scyzoryk” to niecodzienna i odstrzelona w kosmos komedia, na której chichotałam jak głupia. Poziom abstrakcji był dla mnie chwilami niepojęty. Mamy tu historię bliskiej relacji rozbitka (Paul Dano) na bezludnej wyspie i pół-nieboszczyka (wspomniany już Daniel), którzy razem starają się wrócić do domu. Jeżeli masz ochotę odpłynąć, a jednocześnie obejrzeć coś co w swojej pokrętności ma sens – nie znajdziesz nic lepszego 😊

 

„Paterson” (2016)

Proza życia w reżyserii Jima Jarmuscha. Mamy tu zwykłych ludzi, o zwykłym życiorysie, którzy swoją egzystencję przeżywają na totalnie zwykłym poziomie. W tej całej zwykłości, tworzy się jednak w widzu poczucie, że patrzy na coś niezwykłego – na codzienną cudowność, która staje się inspiracją dla głównego bohatera do tworzenia poezji. Podczas filmu patrzymy na ciepłą relację dwójki ludzi, którzy nie doszukują się problemów i próbują żyć po swojemu. W tym wszystkim tworzy się sztuka – do szuflady, nie dla mas, ale dla wyrażenia swojej wrażliwości i potrzeb. Niezwykle normalny i bardzo przyjemny film na dobry wieczór.

 

„Frank”

Do dziś nie wiem, czemu ten film przeszedł bez echa w Polsce. To oryginalna historia niespełnionego muzyka, który dołącza do grupy bardzo ekscentrycznych artystów, na czele których stoi Frank – człowiek, który nigdy nie zdejmuje swojej ogromnej maski – kukły, nie odkrywając przy tym swojej tożsamości. Film opowiada o twórczych eksperymentach, artystycznych zabawach, które mają otworzyć ich na stworzenie kosmicznej i niezwykłej muzyki. Jon, który do tej pory wiódł przeciętne życie, które nie przynosiło mu żadnej inspiracji, totalnie w to wsiąka. To film, który zderza ze sobą pewną magiczną wizję artystyczną z rzeczywistością. Polecam z całego serca!

 

„Love, Rosie” (2014)

Okej, to jest amerykańska historia o miłości, ale cóż zrobić! Płakałam na nim i trzymałam gorączkowo kciuki, bo taka rola amerykańskiego kina – poszargać, a potem spełnić oczekiwania. „Love, Rosie” jest lekką komedią opowiadającą o losach dwóch przyjaciół, którzy właśnie kończą szkoły i zaczynają swoje dorosłe życie. Wszystko mówi, że powinni być razem, ale fabuła biegnie w odrębną stronę. Coś dla miłośniczek (bo zwykle są to jednak kobiety) dobrych amerykańskich, niezobowiązujących filmów. No chyba, że podkochujesz się w swoim przyjacielu, to może okazać się bodźcem do przemyśleń 🙂

 

„Przyjaciel do końca świata” (2012)

Jeżeli nie dostajesz konwulsji na widok Keiry Knightley („To właśnie miłość”, „Pokuta”) i Steve’a Carrela („Evan Wszechmogący”) to będziesz się naprawdę dobrze bawił. Ziemia ma przestać istnieć lada dzień. Pytanie brzmi: co zrobić z pozostałym czasem? Dodge i Penny postanawiają ruszyć razem w drogę, w poszukiwaniu zaginionej miłości. Film jest odprężający, lekki jak pianka, z bardzo przyjemną historią. W sam raz na relaks😊

 

A Ty, jakie filmy na wieczór polecasz? Chętnie usłyszę nowe propozycje!

You Might Also Like