Co się u mnie zmieniło przez ostatni rok?

Psychologia codzienności Relacja ze sobą

Jest maj 2018, dokładnie rok temu postanowiłam już ostatecznie podjąć największą zmianę w moim życiu i zostawić pracę na etacie. Zmiana było o tyle duża, że nie polegała tylko na przejściu na freelance, ale też przeorganizowaniu mojego myślenia. Dlatego przez rok zmieniło się dużo, ale też miało czas, żeby ewoluować i wzmocnić się. Zmiany, których dokonałam przez ostatni rok nie mają jednego zabarwienia, jest wśród nich sporo porażek, które nauczyły mnie naprawdę wiele. Pokazały prawdę o sobie, obnażyły moje słabości. Jednocześnie, jestem w punkcie, w którym jest mi dobrze, jestem znacznie silniejsza i z większą łatwością podejmuję decyzje. Nie dotarłam jeszcze do wymarzonego punktu, ale przestałam też narzucać sobie presję. W tym tekście skupię się na tym, co się u mnie zmieniło, co przeżyłam, co mi się udało a co niespecjalnie.
Opowiem Wam o tym, szczerze i bez ściemy.

Szef szefów

Ok, spójrzmy prawdzie w oczy. Nie potrafię być własnym szefem i zarządzać swoimi zadaniami. Potrafię realizować krótką listę zadań, nie mam problemu z wykonaniem kilku zadań. Mam jednak ogromny problem z wykonaniem całego projektu sama, bez wsparcia innych. Dojście do ostatecznego punktu, to droga przez mękę, jeżeli muszę to robić w pojedynkę. Lubię pracować w zespole, bo to wtedy przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły, lubię gdy ktoś sprawdzi ostateczne wyniki mojej pracy.
Myślałam, że pocisnę sama cały świat, zrealizuję wszystkie pomysły, które uważam za wspaniałe, ale nie mam mocy. Do pracy potrzebuję drużyny. W końcu Harry Potter też nie znalazł wszystkich Insygniów Śmierci sam, prawda?

Spokój, równowaga i świadomość

Czasem myślę, że przeskoczyłam już 10 lat do przodu, bo rozwinęłam swoją świadomość na takim poziomie, którą niektórzy rozwijają w okolicy 40-stki. Na ostatnim treningu interpersonalnym w ramach Szkoły Trenerów, którą właśnie zaczęłam, usłyszałam od kolegi: „jesteś taka młoda, a już taka zdolna i świadoma”. Był pod wrażeniem, że będąc w tym wieku tak świadomie podejmuję decyzję, które przybliżają mnie do moich marzeń. Okazuje się, że kluczem do tego jest odrzucenie lęku i posłuchanie siebie. Ja to zrobiłam dzięki książce Julii Cameron „Droga Artysty”. Oprócz świadomości moich artystycznych zapędów, uświadomiła mi, że chcę czegoś więcej i sama muszę po to sięgnąć, bo póki co, perfekcyjnie buduję sobie blokady. Blokadą jest lęk, którego nie da się ujarzmić inaczej niż…ciągle go przełamując. Dlatego boję się i robię. Świadomość i przełamywanie siebie, przyniosło mi spokój. Spokój przyniósł mi potrzebę równoważenia pracy, z czasem dla siebie, z czasem dla innych i czasem samotności. Daję sobie też więcej wyrozumiałości, więc czuję, że mogę oddychać. Presja poszła w odstawkę, przynajmniej na razie.

Nauczyłam się być sama

To akurat temat, który rozwiązał się trochę wcześniej, po zakończeniu poprzedniego związku. Bardzo długo nie potrafiłam być sama. Myślę, że był to pewien rodzaj nerwicy, że coś zaniedbam, że nie będę na bieżąco. Teraz wiem, że przede wszystkim był to sposób na zagłuszenie swoich myśli. Nie potrafiłam iść na spacer do lasu bez dzwonienia do kumpla czy przyjaciółki. Rozmawiałam z kimś za każdym razem gdy prowadziłam samochód, jechałam na zakupy. Gdy zmierzyłam się ze swoimi lękami, obawami i tym, co w gruncie rzeczy bardzo mi przeszkadzało, to po długim procesie (nie będę Was oszukiwać, że to łatwe i szybkie) okazało się, że potrafię. Poszłam pewnego dnia na spacer z psem i czułam wszechogarniający spokój i zadowolenia. Szłam i czułam zapach lasu, a nie ściśnięty żołądek ze stresu. To był dla mnie wyjątkowy moment. Szłam wtedy i śmiałam się do siebie, bo radość wypełniała całe moje policzki. Byłam wtedy szczęśliwa. Byłam wyzwolona.

Otworzyłam serce na sztukę

Kilka miesięcy temu byłam na targach WZORY w Warszawie i nie były to pierwsze takie targi, które zwiedziłam. Ponieważ jednak sama uwierzyłam w ty czasie w to, że jestem artystką, wszystko dookoła było moją inspiracją. Zachwycałam się tym, co tworzą inni rękodzielnicy, przyglądałam dokładnie, rozmawiałam z nimi. Czułam, że po wyzwoleniu pewnych blokad w sobie, mogę cieszyć się tym co piękne wokół mnie. To było tak małe, a jednocześnie tak przyjemne i wyczuwalne, że wciąż pamiętam siebie z tego momentu.

Czy to już depresja?

Na samym początku po rzuceniu etatu wpadłam w wir malowania porcelany. Robiłam to prawie codziennie, poświęcałam mnóstwo czasu przy każdym indywidualnym projekcie. Pełniłam wtedy wszystkie role na raz: byłam grafikiem, fotografem, sprzedawcą i twórcą w jednym. Byłam z siebie bardzo dumna, że tak wszystko ogarniam. Jednak zarabiałam na tym niewiele (handmade jest wspaniały, ale to ciężki kawał chleba), a energii miałam coraz mniej, nie miałam skąd jej czerpać. Próbowałam pisać bloga, ale miałam mało inspiracji z życia, bo ciągle byłam sama. Mój Szymon wychodził do pracy, a ja zostawałam w mieszkaniu, bo powoli nie było mnie stać już nawet na wypad do kawiarni. Dzień po dniu zapadałam się, uciekałam w seriale, w granie na telefonie i malowanie. Nie widziałam drogi wyjścia, wydawało mi się, że zaraz coś się zmieni, samo. Ja już nie miałam siły na to, żeby szukać, rozwijać się. Wtedy znów zaczęłam szukać pracy „byleby coś zarobić”. Robiłam się zdenerwowana, spięta i strasznie markotna.

Aż przyszedł wyjazd na Maderę, na dwa tygodnie z przyjaciółmi. Pierwszego dnia jeszcze trzymały mnie emocje z przyjazdu, ale drugiego dnia pękłam. Pomyślałam, że w ogóle nie chcę wracać do Polski bo nie mam po co Płakałam cały dzień. Szymon próbował mi pomóc, rozmawiał, szukał rozwiązań, a ja czułam pustkę. Żadna wizja, ani pomysł nie wydawały mi się być ciekawe lub wystarczająco dobre. Wszystko miało odcienie szarości. Przyznaję, że bardzo się tego wtedy przestraszyłam. Poczułam, jakby wpadnięcie w stan załamania (depresji?) było o krok przede mną. Nie było we mnie ani krzty optymizmu, choćby milimetra. Przy moim usposobieniu i radości z życia, to był stan, którego doświadczyłam pierwszy raz w życiu. Nawet pisząc to w tym momencie czuję, jak zaciska mi się gardło, bo tę beznadzieję czułam aż w trzewiach. Wyszłam z tego, ale nie chciałabym nigdy wrócić.

Moja coach, Ewa Kawecka powiedziała, że ja po prostu nie mogę pracować sama, bez ludzi. Że malowanie kubków wypełnia może najwyżej 30% moich potrzeb zawodowych. W skali tygodnia powinnam to robić około 2 godzin, a nie 20. Wtedy, przy tym całym splątaniu, to była dla mnie EUREKA! Zrozumiałam, że nie warto walczyć ze swoim potencjałem i tym co do tej pory wychodziło mi naturalnie. Od tej pory, Bejki maluję znacznie rzadziej, a więcej pracuję w roli trenera, wychodzę do ludzi. Już nigdy więcej nie czułam tego co na Maderze.

Chcę czy potrzebuję?

Zminimalizowałam swoje potrzeby i zmieniłam podejście do posiadania. Gdy zarabiałam bardzo dobrze, dość łatwo przychodziło mi wydawanie pieniędzy. Od roku naprawdę zastanowię się przynajmniej 2 razy zanim postanowię coś kupić. Zauważyłam, że nie wszystko co „chcę” to „potrzebuję” tak naprawdę. Nadal potrafię wydać na zachciankę, ale zdarza mi się to znacznie rzadziej. Przede wszystkim nie czuję, że sobie odmawiam, jestem tak samo szczęśliwa i tak samo wartościowa. Nawet gdy jadę swoim starym Audi na spotkanie, zastanawiam się co pomyślą o mnie inni, ale za chwilę totalnie to ignoruję – grunt, że mam czym jeździć!

 

Ten tekst, to zebranie wszystkich przemyśleń i podsumowań, które gromadzą się we mnie od dawna. Nie chcę budować wizji wyjątkowego życia po etacie, ani wiecznego szczęścia, która teraz mam. Znacznie bardziej obchodzi mnie prawda, bo to ona daje mi siłę, żeby kierować swoim życiem. Mam nadzieję, że trochę tej siły udało mi się Wam przekazać.

You Might Also Like